sobota, 11 maja 2013

Szwecja: dawno nie pisałam, ale gotowałam.....



Ach, kochani, dużo się działo bardzo, życie płatało figle i gotowało niespodzianki, i plan misterny z wyzwaniem Jamiego ucierpiał na honorze i terminowości. Co nie znaczy, że nie gotowałam nic.
Ale zmiany pewne nastąpiły. Po pierwsze: część szwedzkich potraw – z jagodami i grzybami – zostawiam na sezon, bo po co teraz się spinać, skoro za chwilę, za momencik te produkty będą wszędzie i tanio? Po drugie: nie byłam w stanie pisać na bieżąco, ale już nadrabiam i dzisiaj serwuję Wam obiad z wielu dań, który pewnie zjedzony w całości, literalnie, przysporzyłby nie lada niestrawności, ale zaserwowany na papierze mam nadzieję, że Was zainspiruje.
Gotowi? No to zaczynamy! Na pierwsze danie

SZWEDZKIE KLOPSIKI



Kto kiedykolwiek robił zakupy w Ikei wie, że wizyta tam uwieńczona jest albo hot dogiem w atrakcyjnej cenie, albo klopsikami właśnie, z żurawiną i w sosie. Przepis Jamiego nie zwala z nóg, ale łatwy jest bardzo w przygotowaniu, i mnie urzekł świeżymi ziołami dodanymi do mięsa. Do tej pory ograniczałam się do soli, pieprzu i ewentualnie warzywka, a tutaj nagle kuchnia pachnie natką, pietruszką i szczypiorkiem. Wrzucenie tego do malaksera to moment, a efekt jest bardzo zacny. 


Spróbujcie tej sztuczki z kotletami mielonymi. Prosty sposób na odmłodzenie przepisu. Natomiast jeśli chodzi o udany przepis jako całość lepiej sprawdza się

GRAVLAX W BURAKACH


Przystawka, która może budzić lekkie obawy w ludziach, którzy nie są miłośnikami sushi. Krótko mówiąc: surowy łosoś. Ale świetnie zamarynowany.
Przepis podkreśla, że robota przy nim jest czarna, a dokładnie czerwona, bo w burakach tenże łosoś się marynuje. Jamie mówi, że on tę papraninę wręcz uwielbia, a że pogoda jest ładna i muzyka latino polo rozbrzmiewa w całym domu, to i humor mi dopisuje, i namówić mistrzowi się daję, i dróg na skróty nie obieram. Obieram za to buraki i dzielnie ręcznie je trę, w sekundę dusząc w zarodku myśl, że malakser, że kosztował pieniądze, a stojąc w szafie średnio się amortyzuje…..


Efekt pracy z burakami jest taki, jak zwykle z tym warzywem: Agathę Christie widok mojej kuchni zainspirowałby do napisania bestsellera niechybnie. Układanie wszystkich tych warstw na łososiu jest fajną zabawą, na koniec polewam całość wódeczką.


W przepisie ta wódeczka jest ostatecznością, bo miał być schnapps, ale ponieważ w moim monopolowym takich fanaberii nie prowadzą, skorzystałam z proponowanego zamiennika. Bonusem była mina lokalnego pana menela, który we wspomnianym monopolowym niemal mieszka: kiedy w samo południe weszłam do sklepu i poprosiłam o małpkę czystej wódki, pan menel posłał mi spojrzenie takie, jak tylko jeden pijak drugiemu potrafi – życzliwe i rozumiejące.
Ano zatem łosoś pokryty warstwami chrzanu, buraków, koperku, wódką zalany – zaczyna się wielkie owijanie w folię. Później trzeba całość docisnąć, i wreszcie do czegoś przydają się hantle, które jak Boga kocham chyba tylko na tę okazję w domu od lat czekały. Zadowolona z dzieła wysyłam B. smsa o treści: „odpowiedź na pytanie, które Ci się nasunie po otwarciu lodówki brzmi GRAVLAX”, bo mam już wizję, jak wraca do domu, i na widok sprzętu sportowego w lodówce wyprowadza się do jakiejś normalniejszej kobiety.
Bardzo jestem z siebie zadowolona, szykuję się już do wyjścia do pracy, i w ostatniej chwili zaglądam do lodówki, nie pamiętam, chyba po napój.


Okazuje się, że pod hantlami czy nie, w burakach czy nie, łosoś nadal walczy o wolność.

W pierwszej chwili nie rozumiem dlaczego zalewa od mozzarelli ma kolor świeżej krwi, ale w ciągu ułamka sekundy wszystko nabiera przerażającego sensu. Spécialité de la Maison: piwo buraczane z serem o smaku buraka. Groza. Ratuję się wielką tacą, toną papierowych ręczników, doprowadzam łososia do porządku i muszę o nim zapomnieć.

Bo będzie gotowy za 48 godzin.

Po przepisowym czasie zdejmuję z niego wszystkie warstwy, i zachwycam się kolorem głębokiej czerwieni. 


Robię sos, usuwam skórę, i cienkie paseczki Gravlaxa układam na kromce chrupkiego pieczywa. B. zjada tylko kawałek skarżąc się, że ryba to nie, ale ja jestem zachwycona. Delikatne, subtelne w smaku mięso z kwaskowatym sosem na pewno zostanie przebojem mojej kolejnej imprezy.


Jamie chce, żeby podawać go inaczej, z dodatkiem pod tytułem

PROSTA CHRUPIĄCA SAŁATKA


ale mój sposób też wydaje mi się ok, a sałatka rzeczona była już po wątpliwej premierze gwiazdą mojego stołu.
Bo ta premiera to się łączyła z poznaniem warzywa zwanego koper włoski, które najpierw nie chciało się dać kupić, bo w żadnym sklepie nikt nie słyszał, a potem przy pierwszym przebiciu nożem tak mi dało anyżkiem po nozdrzach, że wiedziałam, że jedynym powodem dodania go do krótkiej listy zieleniny, którą znam, było wyeliminowanie go z menu na wieczność.



Za to wyrzucanie z ogórków miąższu z pestkami, krojenie różnych warzyw w różne kształty, i robienie lekkiego sosu dodałam sobie do repertuaru i po usunięciu składników ewidentnie niejadalnych (patrz hasło: koper włoski) powstała sałatka, która cieszy się u nas niesłabnącym powodzeniem.
Czego nie da się powiedzieć o

SAŁATCE CESARSKIEJ PO SZWEDZKU.



Opinia B. w jednym zdaniu: klepie rybą.
Klepie, bo w składnikach anchois, już znienawidzone przez niego w zapiekance, o której za moment.
Zakupy do tego dania łączyły się z przyjemnością wycieczki do Almy i rekonesansu wśród produktów luksusowych, jak przepiórcze jaja, ser kozi i sałata radicchio.
Serię „poszerz wiedzę o przyprawach” sponsorował tym razem koper włoski w nasionach, długo i za pomocą Google odróżniany od kminu rzymskiego, bo wyglądało to to niemal identycznie, a ceną różniło się trzykrotnie. Werdykt: nie, to nie to samo.
Jamie uważa najwyraźniej, że napisanie „szwedzki chleb żytni” załatwia kwestię, czy ma on być świeży, czy chrupki, ale ja się gorąco nie zgadzam. Dopiero eksperyment z jednym i drugim pokazuje, że ze świeżego robi się maź o podejrzanej konsystencji i wysoce niezachęcającym zapachu.



Gotowanie jaj przepiórczych to też ubaw, porównywalny jedynie z ich obieraniem. Rzeżuchy już wyhodowanej wzdłuż całego prawego brzegu Wisły na żadnym bazarze nie widzieli, więc decyduję się w końcu na kiełki rzodkiewki, i to chyba akurat ładnie się sprawdziło.
Cała sałatka jest dla mnie ok, anchois mnie nie brzydzą, ale ilość pracy i cena składników nie są współmierne do smaku.
W przeciwieństwie do

MARYNOWANYCH ŚLEDZI


gdzie wszystkie składniki kupuje się w byle Piotrze i Pawle, całość pracy to maksimum pięć minut, i w Wielki Piątek miałam szwedzką wersję śledzi pod kołderką, po pierwsze bardzo smaczną, a po drugie wizualnie wyjątkowo udaną.










Takie same wspomnienia mam zresztą z robienia

SKAGEN


czyli krewetek na toście, gdzie cały cymes leży w sosie, gdzie kolory śmietany, czerwonej cebuli i koperku pięknie się łączą z różowym mięsem tych morskich żyjątek.





Była to niestety potrawa, której B. też nie dał rady, bo on się na owocach morza nie zna nic a nic. Jego brat, który był wtedy z wizytą też się biedny nie załapał, bo mimo, że o krewetkach zdanie ma lepsze, to jednakże nie na ciężkim kacu. Skończyło się na tym, że jedną porcję zjadłam na przystawkę, a drugą z jeszcze większym smakiem na kolację po zumbie zanim pojechałam oglądać oscarową galę u mojej siostry.
Najmilszym zaskoczeniem były

PAKIECIKI Z GOLCA



Nie żeby one były z golca, bo golec to ryba, o której nawet Internet niewiele słyszał w kontekście kulinarnym, wyskakują głównie strony dotyczące zanęt wędkarskich. Znowu korzystam z zamiennika, czyli łososia, ale resztę składników udaje mi się dostać. Przepis sugeruje boćwinę lub szpinak, wybieram to drugie, bo znam lepiej i lubię, ale ponieważ będę wracać do tego przepisu, to w drugiej opcji też wypróbuję.




Oczywiście gotuję tylko dla siebie, bo ryba, w dodatku z ziemniakami (toksyczne), no i ten szpinak (trujący)…
Ziemniaki polskie, młode, nieoczytane, nie wiedziały, że pod delikatnym naciskiem moich palców po podgotowaniu mają się wdzięcznie otwierać i ładnie wyglądać, więc musiałam je zmusić do kolaboracji za pomocą ostrego narzędzia, którym po prostu pocięłam je w grube plastry i też dało radę.




Więcej problemów nie było, całość zawija się w papier do pieczenia i wrzuca na 20 minut do pieca. Wyszła taka rewelacja, że mało talerza nie wylizałam, a nie spodziewałam się spektakularnych efektów, bo koperek był w składzie. Okazuje się, że dobre dodatki każdy smak zneutralizują…

POKUSA JANSSONA



Potrawa, którą robiłam w cudzej kuchni, w pewną niedzielę obiad z dwoma gentlemanami jedząc. To właśnie w tym dniu B. wydał z dużą mocą wojnę anchois, bo są w składzie sosu. Kwestia gustu, ani mi one przeszkadzały, ani smakowały, ale dowiedziałam się przy okazji jak to jest kroić ziemniaki julienne, i ten sposób robienia zapiekanek bardzo mi przypadł do gustu.



Tak bardzo, że jeszcze dwa razy powtarzałam przepis, modyfikując dodatki, ale za każdym razem wychodził gorszy w smaku i póki co zarzuciłam próby, odkładając je na późniejszy czas.
Tym nie mniej świeży tymianek zyskał stałe miejsce w moim kulinarnym sercu, a ponieważ pół doniczki zostało, to miło mi patrzeć, że w tej gościnnej kuchni tak ktoś o niego dba, że po dziś dzień rośnie.




Na ten tydzień ostatnia szwedzka potrawa została. Dwa desery i kurki smażone czekają na sezon, a ja się zastanawiam gdzie teraz kulinarnie pojechać, który rozdział wybrać. Może uda mi się namówić B., żeby on zdecydował.