poniedziałek, 29 lipca 2013

Gazpacho


Jest gorąco. Bardzo gorąco. Aż zbyt gorąco, żeby gotować (ale nie żeby cieszyć się latem, kocham upały!).
Do tego ciepełka dołożył się mój dzień wolny, więc kiedy wczesnym popołudniem niechętnie wysunęłam się z łóżka, jedyną moją motywacją było pójście po produkty na jakieś letnie danie.
Zarzuciłam już chwilę temu wypróbowywanie przepisów według krajów, bo staram się maksymalnie wykorzystać świeże sezonowe produkty. Obecnie przeglądam głównie dwa rozdziały książki Jamiego: włoski i hiszpański, bo przecież to te kraje kojarzą się z lenistwem, słońcem i parującym asfaltem.
Pierwszy przystanek: sklep Piccola Italia. Bez problemu dostałam produkty na jutrzejsze risotto, ale jedyny ocet winny na sherry potrzebny do przewidzianego na dzisiaj gazpacho był podejrzanie drogi, więc postanowiłam jeszcze poszukać.
Na bazarku kupiłam aromatyczne pomidory, ogórek i paprykę. Pobliski supermarket nie dysponował octem na sherry. Delikatesy w Panoramie też nie. Sklep ze zdrową żywnością – nie. Ani Befsztyczek. Sklep hiszpański obok – w końcu sherry, jerez czyli, to właśnie hiszpańskie wino – w poniedziałki zamknięty. Nie chcę jechać do Galerii Mokotów. Mija trzecia godzina. Piotr i Paweł w Kangurku jawią mi się jako ostatnia szansa. Chodzi mi po głowie chlupnięcie do gazpacho zwykłego czerwonego octu winnego, ale kiedy tylko wchodzę do centrum handlowego przy KENie natykam się na sklep „Prosto z Hiszpanii”. Gol! Ucieszona wracam do domu.


Skosztowałam tego octu, jest bogaty, aromatyczny, kojarzy się z Hiszpanią. Obieram sparzone pomidory, kroję resztę warzyw, włączam blender i po chwili mam gęstą, piękną zupę, która musi teraz zaczekać w lodówce, aż będzie tak zimna, jak powinna.


Sprzątam kuchnię i kroję drobno wiosenną cebulkę, którą posypię gazpacho na wierzchu. Zaczynam pisać bloga, przygotowuję zdjęcia. Minęła prawie godzina. Myślę, że już można próbować.

Na balkonie w mojej letniej jadalni pierwsza łyżka gazpacho ląduje w mojej buzi. Smak jest bardzo świeży, zrównoważony, pełen słońca, lekko kwaskowaty i orzeźwiający. Mały pucharek zupy i już nie czuję głodu. Ale coś czuję, że za godzinę skończy się dokładką….

sobota, 11 maja 2013

Szwecja: dawno nie pisałam, ale gotowałam.....



Ach, kochani, dużo się działo bardzo, życie płatało figle i gotowało niespodzianki, i plan misterny z wyzwaniem Jamiego ucierpiał na honorze i terminowości. Co nie znaczy, że nie gotowałam nic.
Ale zmiany pewne nastąpiły. Po pierwsze: część szwedzkich potraw – z jagodami i grzybami – zostawiam na sezon, bo po co teraz się spinać, skoro za chwilę, za momencik te produkty będą wszędzie i tanio? Po drugie: nie byłam w stanie pisać na bieżąco, ale już nadrabiam i dzisiaj serwuję Wam obiad z wielu dań, który pewnie zjedzony w całości, literalnie, przysporzyłby nie lada niestrawności, ale zaserwowany na papierze mam nadzieję, że Was zainspiruje.
Gotowi? No to zaczynamy! Na pierwsze danie

SZWEDZKIE KLOPSIKI



Kto kiedykolwiek robił zakupy w Ikei wie, że wizyta tam uwieńczona jest albo hot dogiem w atrakcyjnej cenie, albo klopsikami właśnie, z żurawiną i w sosie. Przepis Jamiego nie zwala z nóg, ale łatwy jest bardzo w przygotowaniu, i mnie urzekł świeżymi ziołami dodanymi do mięsa. Do tej pory ograniczałam się do soli, pieprzu i ewentualnie warzywka, a tutaj nagle kuchnia pachnie natką, pietruszką i szczypiorkiem. Wrzucenie tego do malaksera to moment, a efekt jest bardzo zacny. 


Spróbujcie tej sztuczki z kotletami mielonymi. Prosty sposób na odmłodzenie przepisu. Natomiast jeśli chodzi o udany przepis jako całość lepiej sprawdza się

GRAVLAX W BURAKACH


Przystawka, która może budzić lekkie obawy w ludziach, którzy nie są miłośnikami sushi. Krótko mówiąc: surowy łosoś. Ale świetnie zamarynowany.
Przepis podkreśla, że robota przy nim jest czarna, a dokładnie czerwona, bo w burakach tenże łosoś się marynuje. Jamie mówi, że on tę papraninę wręcz uwielbia, a że pogoda jest ładna i muzyka latino polo rozbrzmiewa w całym domu, to i humor mi dopisuje, i namówić mistrzowi się daję, i dróg na skróty nie obieram. Obieram za to buraki i dzielnie ręcznie je trę, w sekundę dusząc w zarodku myśl, że malakser, że kosztował pieniądze, a stojąc w szafie średnio się amortyzuje…..


Efekt pracy z burakami jest taki, jak zwykle z tym warzywem: Agathę Christie widok mojej kuchni zainspirowałby do napisania bestsellera niechybnie. Układanie wszystkich tych warstw na łososiu jest fajną zabawą, na koniec polewam całość wódeczką.


W przepisie ta wódeczka jest ostatecznością, bo miał być schnapps, ale ponieważ w moim monopolowym takich fanaberii nie prowadzą, skorzystałam z proponowanego zamiennika. Bonusem była mina lokalnego pana menela, który we wspomnianym monopolowym niemal mieszka: kiedy w samo południe weszłam do sklepu i poprosiłam o małpkę czystej wódki, pan menel posłał mi spojrzenie takie, jak tylko jeden pijak drugiemu potrafi – życzliwe i rozumiejące.
Ano zatem łosoś pokryty warstwami chrzanu, buraków, koperku, wódką zalany – zaczyna się wielkie owijanie w folię. Później trzeba całość docisnąć, i wreszcie do czegoś przydają się hantle, które jak Boga kocham chyba tylko na tę okazję w domu od lat czekały. Zadowolona z dzieła wysyłam B. smsa o treści: „odpowiedź na pytanie, które Ci się nasunie po otwarciu lodówki brzmi GRAVLAX”, bo mam już wizję, jak wraca do domu, i na widok sprzętu sportowego w lodówce wyprowadza się do jakiejś normalniejszej kobiety.
Bardzo jestem z siebie zadowolona, szykuję się już do wyjścia do pracy, i w ostatniej chwili zaglądam do lodówki, nie pamiętam, chyba po napój.


Okazuje się, że pod hantlami czy nie, w burakach czy nie, łosoś nadal walczy o wolność.

W pierwszej chwili nie rozumiem dlaczego zalewa od mozzarelli ma kolor świeżej krwi, ale w ciągu ułamka sekundy wszystko nabiera przerażającego sensu. Spécialité de la Maison: piwo buraczane z serem o smaku buraka. Groza. Ratuję się wielką tacą, toną papierowych ręczników, doprowadzam łososia do porządku i muszę o nim zapomnieć.

Bo będzie gotowy za 48 godzin.

Po przepisowym czasie zdejmuję z niego wszystkie warstwy, i zachwycam się kolorem głębokiej czerwieni. 


Robię sos, usuwam skórę, i cienkie paseczki Gravlaxa układam na kromce chrupkiego pieczywa. B. zjada tylko kawałek skarżąc się, że ryba to nie, ale ja jestem zachwycona. Delikatne, subtelne w smaku mięso z kwaskowatym sosem na pewno zostanie przebojem mojej kolejnej imprezy.


Jamie chce, żeby podawać go inaczej, z dodatkiem pod tytułem

PROSTA CHRUPIĄCA SAŁATKA


ale mój sposób też wydaje mi się ok, a sałatka rzeczona była już po wątpliwej premierze gwiazdą mojego stołu.
Bo ta premiera to się łączyła z poznaniem warzywa zwanego koper włoski, które najpierw nie chciało się dać kupić, bo w żadnym sklepie nikt nie słyszał, a potem przy pierwszym przebiciu nożem tak mi dało anyżkiem po nozdrzach, że wiedziałam, że jedynym powodem dodania go do krótkiej listy zieleniny, którą znam, było wyeliminowanie go z menu na wieczność.



Za to wyrzucanie z ogórków miąższu z pestkami, krojenie różnych warzyw w różne kształty, i robienie lekkiego sosu dodałam sobie do repertuaru i po usunięciu składników ewidentnie niejadalnych (patrz hasło: koper włoski) powstała sałatka, która cieszy się u nas niesłabnącym powodzeniem.
Czego nie da się powiedzieć o

SAŁATCE CESARSKIEJ PO SZWEDZKU.



Opinia B. w jednym zdaniu: klepie rybą.
Klepie, bo w składnikach anchois, już znienawidzone przez niego w zapiekance, o której za moment.
Zakupy do tego dania łączyły się z przyjemnością wycieczki do Almy i rekonesansu wśród produktów luksusowych, jak przepiórcze jaja, ser kozi i sałata radicchio.
Serię „poszerz wiedzę o przyprawach” sponsorował tym razem koper włoski w nasionach, długo i za pomocą Google odróżniany od kminu rzymskiego, bo wyglądało to to niemal identycznie, a ceną różniło się trzykrotnie. Werdykt: nie, to nie to samo.
Jamie uważa najwyraźniej, że napisanie „szwedzki chleb żytni” załatwia kwestię, czy ma on być świeży, czy chrupki, ale ja się gorąco nie zgadzam. Dopiero eksperyment z jednym i drugim pokazuje, że ze świeżego robi się maź o podejrzanej konsystencji i wysoce niezachęcającym zapachu.



Gotowanie jaj przepiórczych to też ubaw, porównywalny jedynie z ich obieraniem. Rzeżuchy już wyhodowanej wzdłuż całego prawego brzegu Wisły na żadnym bazarze nie widzieli, więc decyduję się w końcu na kiełki rzodkiewki, i to chyba akurat ładnie się sprawdziło.
Cała sałatka jest dla mnie ok, anchois mnie nie brzydzą, ale ilość pracy i cena składników nie są współmierne do smaku.
W przeciwieństwie do

MARYNOWANYCH ŚLEDZI


gdzie wszystkie składniki kupuje się w byle Piotrze i Pawle, całość pracy to maksimum pięć minut, i w Wielki Piątek miałam szwedzką wersję śledzi pod kołderką, po pierwsze bardzo smaczną, a po drugie wizualnie wyjątkowo udaną.










Takie same wspomnienia mam zresztą z robienia

SKAGEN


czyli krewetek na toście, gdzie cały cymes leży w sosie, gdzie kolory śmietany, czerwonej cebuli i koperku pięknie się łączą z różowym mięsem tych morskich żyjątek.





Była to niestety potrawa, której B. też nie dał rady, bo on się na owocach morza nie zna nic a nic. Jego brat, który był wtedy z wizytą też się biedny nie załapał, bo mimo, że o krewetkach zdanie ma lepsze, to jednakże nie na ciężkim kacu. Skończyło się na tym, że jedną porcję zjadłam na przystawkę, a drugą z jeszcze większym smakiem na kolację po zumbie zanim pojechałam oglądać oscarową galę u mojej siostry.
Najmilszym zaskoczeniem były

PAKIECIKI Z GOLCA



Nie żeby one były z golca, bo golec to ryba, o której nawet Internet niewiele słyszał w kontekście kulinarnym, wyskakują głównie strony dotyczące zanęt wędkarskich. Znowu korzystam z zamiennika, czyli łososia, ale resztę składników udaje mi się dostać. Przepis sugeruje boćwinę lub szpinak, wybieram to drugie, bo znam lepiej i lubię, ale ponieważ będę wracać do tego przepisu, to w drugiej opcji też wypróbuję.




Oczywiście gotuję tylko dla siebie, bo ryba, w dodatku z ziemniakami (toksyczne), no i ten szpinak (trujący)…
Ziemniaki polskie, młode, nieoczytane, nie wiedziały, że pod delikatnym naciskiem moich palców po podgotowaniu mają się wdzięcznie otwierać i ładnie wyglądać, więc musiałam je zmusić do kolaboracji za pomocą ostrego narzędzia, którym po prostu pocięłam je w grube plastry i też dało radę.




Więcej problemów nie było, całość zawija się w papier do pieczenia i wrzuca na 20 minut do pieca. Wyszła taka rewelacja, że mało talerza nie wylizałam, a nie spodziewałam się spektakularnych efektów, bo koperek był w składzie. Okazuje się, że dobre dodatki każdy smak zneutralizują…

POKUSA JANSSONA



Potrawa, którą robiłam w cudzej kuchni, w pewną niedzielę obiad z dwoma gentlemanami jedząc. To właśnie w tym dniu B. wydał z dużą mocą wojnę anchois, bo są w składzie sosu. Kwestia gustu, ani mi one przeszkadzały, ani smakowały, ale dowiedziałam się przy okazji jak to jest kroić ziemniaki julienne, i ten sposób robienia zapiekanek bardzo mi przypadł do gustu.



Tak bardzo, że jeszcze dwa razy powtarzałam przepis, modyfikując dodatki, ale za każdym razem wychodził gorszy w smaku i póki co zarzuciłam próby, odkładając je na późniejszy czas.
Tym nie mniej świeży tymianek zyskał stałe miejsce w moim kulinarnym sercu, a ponieważ pół doniczki zostało, to miło mi patrzeć, że w tej gościnnej kuchni tak ktoś o niego dba, że po dziś dzień rośnie.




Na ten tydzień ostatnia szwedzka potrawa została. Dwa desery i kurki smażone czekają na sezon, a ja się zastanawiam gdzie teraz kulinarnie pojechać, który rozdział wybrać. Może uda mi się namówić B., żeby on zdecydował.

niedziela, 10 lutego 2013

Sandacz z sałatką z pieczonych buraków


Słowo się rzekło, ryba u płota.
To jak ja bardzo nie lubię ryb jest wręcz legendarne. Nie o smak mi nawet chodzi, bo ryby zwykle takowego nie mają, względnie przejmują delikatną woń błota, a jak już są miłą niespodzianką dla kubków smakowych, to wbijają się ością w tchawicę.
Lubię sushi i filety z łososia, ale już reklamowane przez moją mamusię pstrągi itp. nieszczególnie.
Dlatego danie z sandacza stanowi dla mnie wyzwanie.
Jamie pisze, że może być też halibut, dorsz lub inna biała ryba. Ceny niektórych ryb są oburzająco podobne do cen prawdziwego jedzenia (czytaj: krowa). Wyboru w sklepie nie ma wielkiego, a wiem, że chcę filety. W końcu decyduję się na dzikiego, norweskiego dorsza, bez skóry – co jak się po niewczasie okazuje nie jest zgodne z przepisem.
Ale ku mojemu zdumieniu większy problem stanowią buraki. Jamie mówi, że czerwone, białe i candy. Z dużym poświęceniem odwiedzam Piotry, Pawły, Almy i Reale. O candy nikt nie słyszał. Kierowniczka działu w jednym z marketów mówi mi tonem pełnym wyższości, że buraki w ogóle są tylko czerwone, inne nie istnieją. Wzdycham, ale nie mam czasu się kłócić, idę na kompromis.
Następnego dnia na obiedzie mam dwóch gentlemanów. Jednego, który ryby kocha podobnie jak ja, drugiego ewidentnie na poimprezowym kacu. Staram się. Piekę buraki, sałatka muszę przyznać wygląda bardzo ładnie, niestety zawiera składniki dla mnie średnio jadalne jak np. koperek. 
Na te buraki z dodatkami przewidziana jest ryba, na wierzch szpinak i przybranie z kwaśnej śmietany.
Kompletne danie wizualnie nie jest złe, chociaż przez brak skóry niektóre kawałki ryby się rozpadają i nie dają tak ładnego efektu. Ale stwierdzamy, że kompozycyjnie smakowo całość ma sens. Bardzo się staramy z godnością przejść przez ten obiad. Grzecznie proszę B. o opinię. „To najlepsze niesmaczne danie, jakie jadłem” – odpowiada.

Na szczęście w przewidywaniu katastrofy zdecydowałam się na deser upiec murzynka. Ciasto z czekoladą ratuje sytuację. 
 Ocena B.: 
*/5 bo nie lubie takiego jedzenia
****/5 bo obiektywnie było dobre

No i zrozum tu mężczyzn ;-)

czwartek, 7 lutego 2013

Pączki na Tłusty Czwartek



To nie jest jeden z przepisów z książki Jamie'go, ale....
Miało być śmiesznie.
No to jest trochę śmiesznie, trochę strasznie….
Są takie święta, które się kojarzą z gotowaniem. Jak Boże Narodzenie. Od października robię bigos, uparcie piekę pierniczki z bardzo różnym skutkiem, jeśli mam czas  pojechać po świeżą żurawinę robię najlepsze na świecie babeczki Nigelli….
Nie wiedzieć czemu w tym roku postanowiłam sama dla siebie zrobić pączki w Tłusty Czwartek.
Po przepis zgłosiłam się do mojej Przyjaciółki, znanej z jagodowego tirami su i serników o jakimkolwiek smaku sobie zażyczę. Dostałam. Z adnotacją:  „Na jakiś milion sztuk, zmniejsz sobie do normalnej ilości.”
Dzień był napięty, bo musiałam jeszcze odebrać prezent walentynkowy dla B., a i dwie zumby się same nie przetańczą, ale dzielnie szukałam po mijanych sklepach wszystkich produktów z listy. Został mi w końcu do kupienia tylko spirytus. Śnieg zaczął sypać jak oszalały, mnie interesowała mała objętość butelki, ewidentnie niedostępna.
Piszę do Przyjaciółki: „Ten spirytus musi być?”
Dostaję odpowiedź: „Tak, bo nasiąkną tłuszczem, i będą niejadalne L
Gdzie przyjaciółka nie pomoże, zapytaj wujka googla.
Przypadkiem natrafiam na przepis bardzo znanej i lubianej przeze mnie blogerki. Pączki wyrabiane w maszynie do chleba! Tak!
Mam to urządzenie tylko dlatego, że moja Mama kiedyś robiła PR dla firmy produkującej mąkę. Regularnie o nim zapominam. A tu takie ułatwienie, no proszę.
Lubiana blogerka pisze, żeby spirytusem się nie przejmować, bo pączki i tak są tłuste, więc jeszcze podsyca mój entuzjazm do swojego przepisu.
Wrzucam składniki, włączam maszynę, oddaję się rozrywkom filmowym.
Po przewidzianym czasie nie wyjmuję puchatego, rosnącego ciasta, tylko maź podejrzanej konsystencji. Po chwili namysłu konsystencję postanawiam poprawić mąką. Formuję pączki i wracam do filmu.
Po godzinie objętość pączków nie drgnęła ani na milimetr, mimo, że powinny urosnąć dwukrotnie.
Waham się przez moment, czy wyrzucić je od razu, czy jeszcze usmażyć.
Wygrywa podejście „a-co-mi-tam” i wrzucam pączki na gorący smalec. Ewidentnie zbyt gorący, bo kiedy je zdejmuję są spalone na zewnątrz. Co w żadnym wypadku nie oznacza, że w środku nie są surowe.

Przypomina mi się pierwszy odcinek Gotowych na wszystko, kiedy Mike pyta Susan jak udało jej się podać danie jednocześnie rozgotowane i niedogotowane.
Otóż da się.
Mniejsze pączki w środku są całkiem okej, ale jestem tak zniechęcona, że nie chce mi się nadziewać ich konfiturą za pomocą szprycy. Ani posypywać cukrem pudrem, bo i tak już są za słodkie. Przekrajam je na pół i smaruję wiśniami. Jednego jem na kolację, drugiego na śniadanie. Resztę obgryzam z jadalnych części, spalony wierzch i surowy środek wyrzucając do kosza.
Po tym upokorzeniu przechodzę do dziś skoki od „jutro robię pączki i będą zajebiste” do „nigdy więcej żadnych pączków w mojej kuchni”. Nie wiem, która opcja w końcu zwycięży.

Szwecja: Grochówka


GROCHÓWKA



Za oknem taki śnieg, że postanowiłam zacząć od dania, które kojarzy się z ciepłem i pełnym żołądkiem. Grochówka.
W składzie podobna do naszej polskiej, ale bez ziemniaków i zamiast boczku – szynka. Brzmi dobrze.
Zaczynam od wygooglowania co to dokładnie jest ten seler naciowy, po przyniesieniu do domu nieufnie obwąchuję i zjadam mały kawałek. Tak, zgadza się. Tak jak przewidziałam – świństwo ;-)
Liczę, że w zupie jego smak nie będzie dominował i zgodnie z przepisem kroję i podsmażam. Zdanie „usuń włókna” nabiera sensu dopiero w połowie krojenia, ale jakoś udaje mi się ich pozbyć.
Duże wątpliwości nasuwają się przy bulionie. Jamie jest normalny i nie karze do każdej zupy gotować go od początku, tylko dodać „bulion ekologiczny albo organiczny”. Wiem, że kostki rosołowe budzą kontrowersje, między innymi ze względu na zawartość soli, postanawiam sprawdzić czy bulionetka albo te ekologiczne oszustwa rzeczywiście mają inny skład, ale póki co korzystam z kostki czując się trochę jak oszust.

Pracy nie ma dużo, po godzinie groch jest miękki i zupa gotowa (największy problem był ze znalezieniem odpowiednio dużego garnka). W przepisie jest powiedziane, żeby rozbić groch tłuczkiem do ziemniaków, nie zbyt dokładnie, ale ponieważ takiego metalowego tłuczka nie mam (dodać do listy zakupów ;-) ), to po prostu sekundę miksuję zupę ręcznym mikserem. Staram się, żeby nie wyszedł gładki krem, żeby zachowała się faktura. Po mikserze grochówka jest gęsta, gotowa do podania z chrupkim pieczywem, łyżeczką oliwy i musztardy.
Naprawdę jest sycąca, B. mówi też, że gęstsza niż się spodziewał, ale chyba mu smakuje. Mnie też. Po godzinie od wstania od stołu zastaję taki widok:


Czyli chyba mogę założyć, że pierwszy z przepisów mogę spokojnie polecać :D

ocena B.: **** / 5
komentarz: Musztarda fajnie przełamuje jej łagodność a oliwa dopełnia smak całości. Zbyt gęsta dla mnie.

czwartek, 31 stycznia 2013

Wybór

Nadejszła wiekopomna chwila.... ;-) Wybór został dokonany.

Nie było to najłatwiejsze zadanie, biorąc pod uwagę mnogość wielką literatury kuchennej. Ponieważ to B. miał zdecydować, moje Przyjaciółki sugerowały, że ostatecznie tytułem roku zostanie "Kuchnia Bawarska" albo "101 potraw z wołowiny". A jednak nie...

Przejrzałam na stronach internetowych co ciekawego ukazało się drukiem, i zaopatrzona w tą wiedzę poszłam z B. do Empiku. Dział gotowanie na miejscu przedstawiał się dużo mniej imponująco niż w sieci, więc bez trudu wybraliśmy z półki wszystkie sensownie wyglądające pozycje.


Niedobór ław i kanap sprawił, że musieliśmy usiąść na podłodze, za filarem, w dziale dziecięcym. Na moje nieszczęście również obok klasyki, bo B. spuszczony z oka na ułamek sekundy łapał się za pierwszą z brzegu książkę i zaczynał czytać, albo próbował mi zracjonalizować konieczność zakupu kolejnej kopii Sklepów Cynamonowych....

Przywołałam go do porządku i zaczęło się Wielkie Wybieranie. Szukaliśmy czegoś o wysokich walorach estetycznych, różnorodnej etnicznie kuchni, i zdjęciach, które sprawiają, że chcemy te potrawy jeść. Dodatkowym atutem miały być opisy i anegdoty, które sprawią, że - cytat - "będziemy jeszcze bardziej oczytani i elokwentni" :-)

Dłuższa chwila nam zeszła. Pożegnaliśmy z żalem Palikota ("ok, czyli beki nie będzie..."), Nigellissimę ("tylko Włochy? a to nie"), Kuchnię Polską ("niezdrowe" !). Ramsey też się nie załapał. Zostały dwie pozycje, ale tylko jedna ilustrowała przepisy anegdotami o kraju ich pochodzenia. I wyłonił się zwycięzca.


Kulinarne Wyprawy Jamiego poznam w ciągu tego roku bardzo dokładnie. Myślę, że 1.02.2014 jest realnym terminem zakończenia projektu. Odwiedzimy kilka krajów: Szwecję, Grecję, Maroko, Hiszpanię... Zacznę chyba od Szwecji, zważywszy na porę roku. Nie upieram się, żeby robić wszystko chronologicznie, ale zastosuję klucz geograficzny.

A więc postanowione. Szwecja. A na początek ryby. Jak to powiedział B.: "zacznijmy od ryb i miejmy to z głowy". Nie mogę się nie zgodzić.

No to do roboty!

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Na początek


Blog kulinarny to brzmi bardzo dumnie. Na początku więc może jasno określę, co autorka ma na myśli, żeby rozczarowania później nie było i pretensji w formie pisemnej oraz ustnej.

Nie jestem drugą Liską z White Plate, ani nieodkrytą dotąd przez media Nigellą. Nigdy nie robiłam makaronu i nie do końca rozumiem, co to jest suflet. Lubię gotować, wypróbowywać przepisy, czasami coś w nich modyfikuję, ale nie uważam się za master chefa ani nie pretenduję do miana kreatorki smaków. Zdarza mi się spektakularna porażka w kuchni. Czasami na obiad kupuję gotowe pierogi. A czasami po prostu parówki. 

Dlaczego więc powstał ten blog? Bo lubię pisać, i uważam, że będzie kupa śmiechu przy niektórych daniach. Może coś Was zainspiruje do ugotowania jakiejś potrawy. Może w komentarzach coś mi podpowiecie. Na pewno sporo się nauczę. A poza tym ja lubię mieć projekt.

I oto ci on jest. Siedziałam z moim BF w pizzerii i rzuciły mi się w oczy cytaty z Julii Child. Przypomniały mi o filmie Julie i Julia, i wpadłam na ten szatański pomysł, żeby to powtórzyć. Zależnie od książki, dam sobie około roku na zrobienie każdego dania i opisanie jak wiele trudności mi sprawiło. Jeśli będziecie chcieli o tym czytać - świetnie! Zapraszam! Jeśli nie - ten blog zostanie moim osobistym zapisem wzlotów i upadków kulinarnych.

Co powinniście o mnie wiedzieć? Kulinarnie liczy się dla mnie tylko smak, nie jadam trocin tylko dlatego, że są zdrowe, nie wiem co to jest amarantus i niech mnie ktoś dobije, jak zacznę się tym interesować. Wyznaję zasadę, że jedzenie ma być przyjemnością, a nie katorgą, i nawet najbardziej niezdrowe jedzenie w ilości rozsądnej nie zabije nikogo. Kocham wino. Wypijam hektolitry kawy. Uwielbiam gotować dla moich najbliższych.

I tyle.

Pojutrze wielkie wybieranie książki. And let the Cookbook challenge begin!