Ach, kochani, dużo się działo bardzo, życie płatało
figle i gotowało niespodzianki, i plan misterny z wyzwaniem Jamiego ucierpiał
na honorze i terminowości. Co nie znaczy, że nie gotowałam nic.
Ale zmiany pewne nastąpiły. Po pierwsze: część
szwedzkich potraw – z jagodami i grzybami – zostawiam na sezon, bo po co teraz
się spinać, skoro za chwilę, za momencik te produkty będą wszędzie i tanio? Po
drugie: nie byłam w stanie pisać na bieżąco, ale już nadrabiam i dzisiaj
serwuję Wam obiad z wielu dań, który pewnie zjedzony w całości, literalnie,
przysporzyłby nie lada niestrawności, ale zaserwowany na papierze mam nadzieję,
że Was zainspiruje.
Gotowi? No to zaczynamy! Na pierwsze danie
SZWEDZKIE KLOPSIKI
Kto kiedykolwiek robił zakupy w Ikei wie, że wizyta tam
uwieńczona jest albo hot dogiem w atrakcyjnej cenie, albo klopsikami właśnie, z
żurawiną i w sosie. Przepis Jamiego nie zwala z nóg, ale łatwy jest bardzo w
przygotowaniu, i mnie urzekł świeżymi ziołami dodanymi do mięsa. Do tej pory
ograniczałam się do soli, pieprzu i ewentualnie warzywka, a tutaj nagle kuchnia
pachnie natką, pietruszką i szczypiorkiem. Wrzucenie tego do malaksera to
moment, a efekt jest bardzo zacny.
Spróbujcie tej sztuczki z kotletami
mielonymi. Prosty sposób na odmłodzenie przepisu. Natomiast jeśli chodzi o udany przepis jako całość lepiej
sprawdza się
GRAVLAX W BURAKACH
Przystawka, która może budzić lekkie obawy w ludziach,
którzy nie są miłośnikami sushi. Krótko mówiąc: surowy łosoś. Ale świetnie
zamarynowany.
Przepis podkreśla, że robota przy nim jest czarna, a
dokładnie czerwona, bo w burakach tenże łosoś się marynuje. Jamie mówi, że on
tę papraninę wręcz uwielbia, a że pogoda jest ładna i muzyka latino polo rozbrzmiewa
w całym domu, to i humor mi dopisuje, i namówić mistrzowi się daję, i dróg na
skróty nie obieram. Obieram za to buraki i dzielnie ręcznie je trę, w sekundę
dusząc w zarodku myśl, że malakser, że kosztował pieniądze, a stojąc w szafie
średnio się amortyzuje…..
Efekt pracy z burakami jest taki, jak zwykle z tym
warzywem: Agathę Christie widok mojej kuchni zainspirowałby do napisania
bestsellera niechybnie. Układanie wszystkich tych warstw na łososiu jest fajną
zabawą, na koniec polewam całość wódeczką.
W przepisie ta wódeczka jest ostatecznością, bo miał
być schnapps, ale ponieważ w moim monopolowym takich fanaberii nie prowadzą,
skorzystałam z proponowanego zamiennika. Bonusem była mina lokalnego pana
menela, który we wspomnianym monopolowym niemal mieszka: kiedy w samo południe
weszłam do sklepu i poprosiłam o małpkę czystej wódki, pan menel posłał mi
spojrzenie takie, jak tylko jeden pijak drugiemu potrafi – życzliwe i
rozumiejące.
Ano zatem łosoś pokryty warstwami chrzanu, buraków,
koperku, wódką zalany – zaczyna się wielkie owijanie w folię. Później trzeba
całość docisnąć, i wreszcie do czegoś przydają się hantle, które jak Boga
kocham chyba tylko na tę okazję w domu od lat czekały. Zadowolona z dzieła
wysyłam B. smsa o treści: „odpowiedź na pytanie, które Ci się nasunie po
otwarciu lodówki brzmi GRAVLAX”, bo mam już wizję, jak wraca do domu, i na
widok sprzętu sportowego w lodówce wyprowadza się do jakiejś normalniejszej
kobiety.
Bardzo jestem z siebie zadowolona, szykuję się już do
wyjścia do pracy, i w ostatniej chwili zaglądam do lodówki, nie pamiętam, chyba
po napój.
Okazuje się, że pod hantlami czy nie, w burakach czy
nie, łosoś nadal walczy o wolność.
W pierwszej chwili nie rozumiem dlaczego zalewa od
mozzarelli ma kolor świeżej krwi, ale w ciągu ułamka sekundy wszystko nabiera
przerażającego sensu. Spécialité de la
Maison: piwo buraczane z serem o smaku buraka. Groza. Ratuję się wielką tacą,
toną papierowych ręczników, doprowadzam łososia do porządku i muszę o nim
zapomnieć.
Bo będzie gotowy
za 48 godzin.
Po przepisowym
czasie zdejmuję z niego wszystkie warstwy, i zachwycam się kolorem głębokiej
czerwieni.
Robię sos, usuwam skórę, i cienkie paseczki Gravlaxa układam na
kromce chrupkiego pieczywa. B. zjada tylko kawałek skarżąc się, że ryba to nie,
ale ja jestem zachwycona. Delikatne, subtelne w smaku mięso z kwaskowatym sosem
na pewno zostanie przebojem mojej kolejnej imprezy.
Jamie chce, żeby
podawać go inaczej, z dodatkiem pod tytułem
PROSTA CHRUPIĄCA
SAŁATKA
ale mój sposób
też wydaje mi się ok, a sałatka rzeczona była już po wątpliwej premierze
gwiazdą mojego stołu.
Bo ta premiera to
się łączyła z poznaniem warzywa zwanego koper włoski, które najpierw nie
chciało się dać kupić, bo w żadnym sklepie nikt nie słyszał, a potem przy
pierwszym przebiciu nożem tak mi dało anyżkiem po nozdrzach, że wiedziałam, że
jedynym powodem dodania go do krótkiej listy zieleniny, którą znam, było
wyeliminowanie go z menu na wieczność.
Za to wyrzucanie
z ogórków miąższu z pestkami, krojenie różnych warzyw w różne kształty, i
robienie lekkiego sosu dodałam sobie do repertuaru i po usunięciu składników
ewidentnie niejadalnych (patrz hasło: koper włoski) powstała sałatka, która
cieszy się u nas niesłabnącym powodzeniem.
Czego nie da się
powiedzieć o
SAŁATCE
CESARSKIEJ PO SZWEDZKU.

Opinia B. w
jednym zdaniu: klepie rybą.
Klepie, bo w
składnikach anchois, już znienawidzone przez niego w zapiekance, o której za
moment.
Zakupy do tego
dania łączyły się z przyjemnością wycieczki do Almy i rekonesansu wśród
produktów luksusowych, jak przepiórcze jaja, ser kozi i sałata radicchio.
Serię „poszerz
wiedzę o przyprawach” sponsorował tym razem koper włoski w nasionach, długo i
za pomocą Google odróżniany od kminu rzymskiego, bo wyglądało to to niemal
identycznie, a ceną różniło się trzykrotnie. Werdykt: nie, to nie to samo.
Jamie uważa
najwyraźniej, że napisanie „szwedzki chleb żytni” załatwia kwestię, czy ma on
być świeży, czy chrupki, ale ja się gorąco nie zgadzam. Dopiero eksperyment z
jednym i drugim pokazuje, że ze świeżego robi się maź o podejrzanej
konsystencji i wysoce niezachęcającym zapachu.

Gotowanie jaj
przepiórczych to też ubaw, porównywalny jedynie z ich obieraniem. Rzeżuchy już
wyhodowanej wzdłuż całego prawego brzegu Wisły na żadnym bazarze nie widzieli,
więc decyduję się w końcu na kiełki rzodkiewki, i to chyba akurat ładnie się
sprawdziło.
Cała sałatka jest
dla mnie ok, anchois mnie nie brzydzą, ale ilość pracy i cena składników nie są
współmierne do smaku.
W przeciwieństwie do
MARYNOWANYCH ŚLEDZI
gdzie wszystkie składniki kupuje
się w byle Piotrze i Pawle, całość pracy to maksimum pięć minut, i w Wielki
Piątek miałam szwedzką wersję śledzi pod kołderką, po pierwsze bardzo smaczną,
a po drugie wizualnie wyjątkowo udaną.
Takie same
wspomnienia mam zresztą z robienia
SKAGEN
czyli krewetek na
toście, gdzie cały cymes leży w sosie, gdzie kolory śmietany, czerwonej cebuli
i koperku pięknie się łączą z różowym mięsem tych morskich żyjątek.
Była to niestety
potrawa, której B. też nie dał rady, bo on się na owocach morza nie zna nic a
nic. Jego brat, który był wtedy z wizytą też się biedny nie załapał, bo mimo,
że o krewetkach zdanie ma lepsze, to jednakże nie na ciężkim kacu. Skończyło
się na tym, że jedną porcję zjadłam na przystawkę, a drugą z jeszcze większym
smakiem na kolację po zumbie zanim pojechałam oglądać oscarową galę u mojej
siostry.
Najmilszym
zaskoczeniem były
PAKIECIKI
Z GOLCA
Nie żeby one były
z golca, bo golec to ryba, o której nawet Internet niewiele słyszał w
kontekście kulinarnym, wyskakują głównie strony dotyczące zanęt wędkarskich.
Znowu korzystam z zamiennika, czyli łososia, ale resztę składników udaje mi się
dostać. Przepis sugeruje boćwinę lub szpinak, wybieram to drugie, bo znam
lepiej i lubię, ale ponieważ będę wracać do tego przepisu, to w drugiej opcji
też wypróbuję.
Oczywiście gotuję
tylko dla siebie, bo ryba, w dodatku z ziemniakami (toksyczne), no i ten
szpinak (trujący)…
Ziemniaki
polskie, młode, nieoczytane, nie wiedziały, że pod delikatnym naciskiem moich
palców po podgotowaniu mają się wdzięcznie otwierać i ładnie wyglądać, więc
musiałam je zmusić do kolaboracji za pomocą ostrego narzędzia, którym po prostu
pocięłam je w grube plastry i też dało radę.
Więcej problemów
nie było, całość zawija się w papier do pieczenia i wrzuca na 20 minut do
pieca. Wyszła taka rewelacja, że mało talerza nie wylizałam, a nie spodziewałam
się spektakularnych efektów, bo koperek był w składzie. Okazuje się, że dobre
dodatki każdy smak zneutralizują…
POKUSA
JANSSONA
Potrawa, którą
robiłam w cudzej kuchni, w pewną niedzielę obiad z dwoma gentlemanami jedząc.
To właśnie w tym dniu B. wydał z dużą mocą wojnę anchois, bo są w składzie
sosu. Kwestia gustu, ani mi one przeszkadzały, ani smakowały, ale dowiedziałam
się przy okazji jak to jest kroić ziemniaki julienne, i ten sposób robienia zapiekanek bardzo mi przypadł do
gustu.
Tak bardzo, że
jeszcze dwa razy powtarzałam przepis, modyfikując dodatki, ale za każdym razem
wychodził gorszy w smaku i póki co zarzuciłam próby, odkładając je na
późniejszy czas.
Tym nie mniej
świeży tymianek zyskał stałe miejsce w moim kulinarnym sercu, a ponieważ pół
doniczki zostało, to miło mi patrzeć, że w tej gościnnej kuchni tak ktoś o
niego dba, że po dziś dzień rośnie.
Na ten tydzień
ostatnia szwedzka potrawa została. Dwa desery i kurki smażone czekają na sezon,
a ja się zastanawiam gdzie teraz kulinarnie pojechać, który rozdział wybrać.
Może uda mi się namówić B., żeby on zdecydował.