niedziela, 10 lutego 2013

Sandacz z sałatką z pieczonych buraków


Słowo się rzekło, ryba u płota.
To jak ja bardzo nie lubię ryb jest wręcz legendarne. Nie o smak mi nawet chodzi, bo ryby zwykle takowego nie mają, względnie przejmują delikatną woń błota, a jak już są miłą niespodzianką dla kubków smakowych, to wbijają się ością w tchawicę.
Lubię sushi i filety z łososia, ale już reklamowane przez moją mamusię pstrągi itp. nieszczególnie.
Dlatego danie z sandacza stanowi dla mnie wyzwanie.
Jamie pisze, że może być też halibut, dorsz lub inna biała ryba. Ceny niektórych ryb są oburzająco podobne do cen prawdziwego jedzenia (czytaj: krowa). Wyboru w sklepie nie ma wielkiego, a wiem, że chcę filety. W końcu decyduję się na dzikiego, norweskiego dorsza, bez skóry – co jak się po niewczasie okazuje nie jest zgodne z przepisem.
Ale ku mojemu zdumieniu większy problem stanowią buraki. Jamie mówi, że czerwone, białe i candy. Z dużym poświęceniem odwiedzam Piotry, Pawły, Almy i Reale. O candy nikt nie słyszał. Kierowniczka działu w jednym z marketów mówi mi tonem pełnym wyższości, że buraki w ogóle są tylko czerwone, inne nie istnieją. Wzdycham, ale nie mam czasu się kłócić, idę na kompromis.
Następnego dnia na obiedzie mam dwóch gentlemanów. Jednego, który ryby kocha podobnie jak ja, drugiego ewidentnie na poimprezowym kacu. Staram się. Piekę buraki, sałatka muszę przyznać wygląda bardzo ładnie, niestety zawiera składniki dla mnie średnio jadalne jak np. koperek. 
Na te buraki z dodatkami przewidziana jest ryba, na wierzch szpinak i przybranie z kwaśnej śmietany.
Kompletne danie wizualnie nie jest złe, chociaż przez brak skóry niektóre kawałki ryby się rozpadają i nie dają tak ładnego efektu. Ale stwierdzamy, że kompozycyjnie smakowo całość ma sens. Bardzo się staramy z godnością przejść przez ten obiad. Grzecznie proszę B. o opinię. „To najlepsze niesmaczne danie, jakie jadłem” – odpowiada.

Na szczęście w przewidywaniu katastrofy zdecydowałam się na deser upiec murzynka. Ciasto z czekoladą ratuje sytuację. 
 Ocena B.: 
*/5 bo nie lubie takiego jedzenia
****/5 bo obiektywnie było dobre

No i zrozum tu mężczyzn ;-)

czwartek, 7 lutego 2013

Pączki na Tłusty Czwartek



To nie jest jeden z przepisów z książki Jamie'go, ale....
Miało być śmiesznie.
No to jest trochę śmiesznie, trochę strasznie….
Są takie święta, które się kojarzą z gotowaniem. Jak Boże Narodzenie. Od października robię bigos, uparcie piekę pierniczki z bardzo różnym skutkiem, jeśli mam czas  pojechać po świeżą żurawinę robię najlepsze na świecie babeczki Nigelli….
Nie wiedzieć czemu w tym roku postanowiłam sama dla siebie zrobić pączki w Tłusty Czwartek.
Po przepis zgłosiłam się do mojej Przyjaciółki, znanej z jagodowego tirami su i serników o jakimkolwiek smaku sobie zażyczę. Dostałam. Z adnotacją:  „Na jakiś milion sztuk, zmniejsz sobie do normalnej ilości.”
Dzień był napięty, bo musiałam jeszcze odebrać prezent walentynkowy dla B., a i dwie zumby się same nie przetańczą, ale dzielnie szukałam po mijanych sklepach wszystkich produktów z listy. Został mi w końcu do kupienia tylko spirytus. Śnieg zaczął sypać jak oszalały, mnie interesowała mała objętość butelki, ewidentnie niedostępna.
Piszę do Przyjaciółki: „Ten spirytus musi być?”
Dostaję odpowiedź: „Tak, bo nasiąkną tłuszczem, i będą niejadalne L
Gdzie przyjaciółka nie pomoże, zapytaj wujka googla.
Przypadkiem natrafiam na przepis bardzo znanej i lubianej przeze mnie blogerki. Pączki wyrabiane w maszynie do chleba! Tak!
Mam to urządzenie tylko dlatego, że moja Mama kiedyś robiła PR dla firmy produkującej mąkę. Regularnie o nim zapominam. A tu takie ułatwienie, no proszę.
Lubiana blogerka pisze, żeby spirytusem się nie przejmować, bo pączki i tak są tłuste, więc jeszcze podsyca mój entuzjazm do swojego przepisu.
Wrzucam składniki, włączam maszynę, oddaję się rozrywkom filmowym.
Po przewidzianym czasie nie wyjmuję puchatego, rosnącego ciasta, tylko maź podejrzanej konsystencji. Po chwili namysłu konsystencję postanawiam poprawić mąką. Formuję pączki i wracam do filmu.
Po godzinie objętość pączków nie drgnęła ani na milimetr, mimo, że powinny urosnąć dwukrotnie.
Waham się przez moment, czy wyrzucić je od razu, czy jeszcze usmażyć.
Wygrywa podejście „a-co-mi-tam” i wrzucam pączki na gorący smalec. Ewidentnie zbyt gorący, bo kiedy je zdejmuję są spalone na zewnątrz. Co w żadnym wypadku nie oznacza, że w środku nie są surowe.

Przypomina mi się pierwszy odcinek Gotowych na wszystko, kiedy Mike pyta Susan jak udało jej się podać danie jednocześnie rozgotowane i niedogotowane.
Otóż da się.
Mniejsze pączki w środku są całkiem okej, ale jestem tak zniechęcona, że nie chce mi się nadziewać ich konfiturą za pomocą szprycy. Ani posypywać cukrem pudrem, bo i tak już są za słodkie. Przekrajam je na pół i smaruję wiśniami. Jednego jem na kolację, drugiego na śniadanie. Resztę obgryzam z jadalnych części, spalony wierzch i surowy środek wyrzucając do kosza.
Po tym upokorzeniu przechodzę do dziś skoki od „jutro robię pączki i będą zajebiste” do „nigdy więcej żadnych pączków w mojej kuchni”. Nie wiem, która opcja w końcu zwycięży.

Szwecja: Grochówka


GROCHÓWKA



Za oknem taki śnieg, że postanowiłam zacząć od dania, które kojarzy się z ciepłem i pełnym żołądkiem. Grochówka.
W składzie podobna do naszej polskiej, ale bez ziemniaków i zamiast boczku – szynka. Brzmi dobrze.
Zaczynam od wygooglowania co to dokładnie jest ten seler naciowy, po przyniesieniu do domu nieufnie obwąchuję i zjadam mały kawałek. Tak, zgadza się. Tak jak przewidziałam – świństwo ;-)
Liczę, że w zupie jego smak nie będzie dominował i zgodnie z przepisem kroję i podsmażam. Zdanie „usuń włókna” nabiera sensu dopiero w połowie krojenia, ale jakoś udaje mi się ich pozbyć.
Duże wątpliwości nasuwają się przy bulionie. Jamie jest normalny i nie karze do każdej zupy gotować go od początku, tylko dodać „bulion ekologiczny albo organiczny”. Wiem, że kostki rosołowe budzą kontrowersje, między innymi ze względu na zawartość soli, postanawiam sprawdzić czy bulionetka albo te ekologiczne oszustwa rzeczywiście mają inny skład, ale póki co korzystam z kostki czując się trochę jak oszust.

Pracy nie ma dużo, po godzinie groch jest miękki i zupa gotowa (największy problem był ze znalezieniem odpowiednio dużego garnka). W przepisie jest powiedziane, żeby rozbić groch tłuczkiem do ziemniaków, nie zbyt dokładnie, ale ponieważ takiego metalowego tłuczka nie mam (dodać do listy zakupów ;-) ), to po prostu sekundę miksuję zupę ręcznym mikserem. Staram się, żeby nie wyszedł gładki krem, żeby zachowała się faktura. Po mikserze grochówka jest gęsta, gotowa do podania z chrupkim pieczywem, łyżeczką oliwy i musztardy.
Naprawdę jest sycąca, B. mówi też, że gęstsza niż się spodziewał, ale chyba mu smakuje. Mnie też. Po godzinie od wstania od stołu zastaję taki widok:


Czyli chyba mogę założyć, że pierwszy z przepisów mogę spokojnie polecać :D

ocena B.: **** / 5
komentarz: Musztarda fajnie przełamuje jej łagodność a oliwa dopełnia smak całości. Zbyt gęsta dla mnie.