To nie jest jeden z przepisów z książki Jamie'go, ale....
Miało być śmiesznie.
Miało być śmiesznie.
No to jest trochę śmiesznie, trochę strasznie….
Są takie święta, które się kojarzą z gotowaniem. Jak Boże
Narodzenie. Od października robię bigos, uparcie piekę pierniczki z bardzo
różnym skutkiem, jeśli mam czas pojechać
po świeżą żurawinę robię najlepsze na świecie babeczki Nigelli….
Nie wiedzieć czemu w tym roku postanowiłam sama dla siebie
zrobić pączki w Tłusty Czwartek.
Po przepis zgłosiłam się do mojej Przyjaciółki, znanej z
jagodowego tirami su i serników o jakimkolwiek smaku sobie zażyczę. Dostałam. Z
adnotacją: „Na jakiś milion sztuk,
zmniejsz sobie do normalnej ilości.”
Dzień był napięty, bo musiałam jeszcze odebrać prezent walentynkowy
dla B., a i dwie zumby się same nie przetańczą, ale dzielnie szukałam po mijanych
sklepach wszystkich produktów z listy. Został mi w końcu do kupienia tylko
spirytus. Śnieg zaczął sypać jak oszalały, mnie interesowała mała objętość
butelki, ewidentnie niedostępna.
Piszę do Przyjaciółki: „Ten spirytus musi być?”
Dostaję odpowiedź: „Tak, bo nasiąkną tłuszczem, i będą
niejadalne L”
Gdzie przyjaciółka nie pomoże, zapytaj wujka googla.
Przypadkiem natrafiam na przepis bardzo znanej i lubianej
przeze mnie blogerki. Pączki wyrabiane w maszynie do chleba! Tak!
Mam to urządzenie tylko dlatego, że moja Mama kiedyś robiła
PR dla firmy produkującej mąkę. Regularnie o nim zapominam. A tu takie
ułatwienie, no proszę.
Lubiana blogerka pisze, żeby spirytusem się nie przejmować, bo
pączki i tak są tłuste, więc jeszcze podsyca mój entuzjazm do swojego przepisu.
Wrzucam składniki, włączam maszynę, oddaję się rozrywkom
filmowym.
Po przewidzianym czasie nie wyjmuję puchatego, rosnącego ciasta,
tylko maź podejrzanej konsystencji. Po chwili namysłu konsystencję postanawiam
poprawić mąką. Formuję pączki i wracam do filmu.
Po godzinie objętość pączków nie drgnęła ani na milimetr,
mimo, że powinny urosnąć dwukrotnie.
Waham się przez moment, czy wyrzucić je od razu, czy jeszcze
usmażyć.
Wygrywa podejście „a-co-mi-tam” i wrzucam pączki na gorący
smalec. Ewidentnie zbyt gorący, bo kiedy je zdejmuję są spalone na zewnątrz. Co
w żadnym wypadku nie oznacza, że w środku nie są surowe.
Przypomina mi się pierwszy odcinek Gotowych na wszystko,
kiedy Mike pyta Susan jak udało jej się podać danie jednocześnie rozgotowane i
niedogotowane.
Otóż da się.
Mniejsze pączki w środku są całkiem okej, ale jestem tak
zniechęcona, że nie chce mi się nadziewać ich konfiturą za pomocą szprycy. Ani
posypywać cukrem pudrem, bo i tak już są za słodkie. Przekrajam je na pół i
smaruję wiśniami. Jednego jem na kolację, drugiego na śniadanie. Resztę
obgryzam z jadalnych części, spalony wierzch i surowy środek wyrzucając do
kosza.
Po tym upokorzeniu przechodzę do dziś skoki od „jutro robię
pączki i będą zajebiste” do „nigdy więcej żadnych pączków w mojej kuchni”. Nie
wiem, która opcja w końcu zwycięży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz