czwartek, 7 lutego 2013

Pączki na Tłusty Czwartek



To nie jest jeden z przepisów z książki Jamie'go, ale....
Miało być śmiesznie.
No to jest trochę śmiesznie, trochę strasznie….
Są takie święta, które się kojarzą z gotowaniem. Jak Boże Narodzenie. Od października robię bigos, uparcie piekę pierniczki z bardzo różnym skutkiem, jeśli mam czas  pojechać po świeżą żurawinę robię najlepsze na świecie babeczki Nigelli….
Nie wiedzieć czemu w tym roku postanowiłam sama dla siebie zrobić pączki w Tłusty Czwartek.
Po przepis zgłosiłam się do mojej Przyjaciółki, znanej z jagodowego tirami su i serników o jakimkolwiek smaku sobie zażyczę. Dostałam. Z adnotacją:  „Na jakiś milion sztuk, zmniejsz sobie do normalnej ilości.”
Dzień był napięty, bo musiałam jeszcze odebrać prezent walentynkowy dla B., a i dwie zumby się same nie przetańczą, ale dzielnie szukałam po mijanych sklepach wszystkich produktów z listy. Został mi w końcu do kupienia tylko spirytus. Śnieg zaczął sypać jak oszalały, mnie interesowała mała objętość butelki, ewidentnie niedostępna.
Piszę do Przyjaciółki: „Ten spirytus musi być?”
Dostaję odpowiedź: „Tak, bo nasiąkną tłuszczem, i będą niejadalne L
Gdzie przyjaciółka nie pomoże, zapytaj wujka googla.
Przypadkiem natrafiam na przepis bardzo znanej i lubianej przeze mnie blogerki. Pączki wyrabiane w maszynie do chleba! Tak!
Mam to urządzenie tylko dlatego, że moja Mama kiedyś robiła PR dla firmy produkującej mąkę. Regularnie o nim zapominam. A tu takie ułatwienie, no proszę.
Lubiana blogerka pisze, żeby spirytusem się nie przejmować, bo pączki i tak są tłuste, więc jeszcze podsyca mój entuzjazm do swojego przepisu.
Wrzucam składniki, włączam maszynę, oddaję się rozrywkom filmowym.
Po przewidzianym czasie nie wyjmuję puchatego, rosnącego ciasta, tylko maź podejrzanej konsystencji. Po chwili namysłu konsystencję postanawiam poprawić mąką. Formuję pączki i wracam do filmu.
Po godzinie objętość pączków nie drgnęła ani na milimetr, mimo, że powinny urosnąć dwukrotnie.
Waham się przez moment, czy wyrzucić je od razu, czy jeszcze usmażyć.
Wygrywa podejście „a-co-mi-tam” i wrzucam pączki na gorący smalec. Ewidentnie zbyt gorący, bo kiedy je zdejmuję są spalone na zewnątrz. Co w żadnym wypadku nie oznacza, że w środku nie są surowe.

Przypomina mi się pierwszy odcinek Gotowych na wszystko, kiedy Mike pyta Susan jak udało jej się podać danie jednocześnie rozgotowane i niedogotowane.
Otóż da się.
Mniejsze pączki w środku są całkiem okej, ale jestem tak zniechęcona, że nie chce mi się nadziewać ich konfiturą za pomocą szprycy. Ani posypywać cukrem pudrem, bo i tak już są za słodkie. Przekrajam je na pół i smaruję wiśniami. Jednego jem na kolację, drugiego na śniadanie. Resztę obgryzam z jadalnych części, spalony wierzch i surowy środek wyrzucając do kosza.
Po tym upokorzeniu przechodzę do dziś skoki od „jutro robię pączki i będą zajebiste” do „nigdy więcej żadnych pączków w mojej kuchni”. Nie wiem, która opcja w końcu zwycięży.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz