Słowo się rzekło, ryba u płota.
To jak ja bardzo nie lubię ryb jest wręcz legendarne. Nie o
smak mi nawet chodzi, bo ryby zwykle takowego nie mają, względnie przejmują
delikatną woń błota, a jak już są miłą niespodzianką dla kubków smakowych, to
wbijają się ością w tchawicę.
Lubię sushi i filety z łososia, ale już reklamowane przez
moją mamusię pstrągi itp. nieszczególnie.
Dlatego danie z sandacza stanowi dla mnie wyzwanie.
Jamie pisze, że może być też halibut, dorsz lub inna biała
ryba. Ceny niektórych ryb są oburzająco podobne do cen prawdziwego jedzenia
(czytaj: krowa). Wyboru w sklepie nie ma wielkiego, a wiem, że chcę filety. W
końcu decyduję się na dzikiego, norweskiego dorsza, bez skóry – co jak się po
niewczasie okazuje nie jest zgodne z przepisem.
Ale ku mojemu zdumieniu większy problem stanowią buraki.
Jamie mówi, że czerwone, białe i candy. Z dużym poświęceniem odwiedzam Piotry,
Pawły, Almy i Reale. O candy nikt nie słyszał. Kierowniczka działu w jednym z marketów
mówi mi tonem pełnym wyższości, że buraki w ogóle są tylko czerwone, inne nie
istnieją. Wzdycham, ale nie mam czasu się kłócić, idę na kompromis.
Następnego dnia na obiedzie mam dwóch gentlemanów. Jednego,
który ryby kocha podobnie jak ja, drugiego ewidentnie na poimprezowym kacu. Staram
się. Piekę buraki, sałatka muszę przyznać wygląda bardzo ładnie, niestety
zawiera składniki dla mnie średnio jadalne jak np. koperek.
Na te buraki z dodatkami przewidziana jest ryba, na wierzch szpinak i przybranie z kwaśnej śmietany.
Kompletne danie wizualnie nie jest złe, chociaż przez brak
skóry niektóre kawałki ryby się rozpadają i nie dają tak ładnego efektu. Ale
stwierdzamy, że kompozycyjnie smakowo całość ma sens. Bardzo się staramy z
godnością przejść przez ten obiad. Grzecznie proszę B. o opinię. „To najlepsze
niesmaczne danie, jakie jadłem” – odpowiada.
Na szczęście w przewidywaniu katastrofy zdecydowałam się na
deser upiec murzynka. Ciasto z czekoladą ratuje sytuację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz